Przejdź do treści
Przejdź do stopki

Zapłacimy za zaniedbania

Treść

Uszkodzone drogi, domy, zalane pola, pozrywane mosty - takie są skutki ostatnich powodzi, które nawiedziły Dolny Śląsk. Na ich usuwanie trzeba będzie wydać setki milionów złotych, których wcześniej żałowano na inwestycje antypowodziowe. Gdyby je zrealizowano, zapewne większości zniszczeń udałoby się uniknąć.

Wielka woda weszła do dolnośląskich gmin 23 czerwca bieżącego roku. Pierwsza wylała rzeka Czarna Woda w gminie Marcinowice (powiat świdnicki) i w powiecie wrocławskim, szczególnie w okolicach Góry Ślęży, gdzie burza i ulewa miały swoje epicentrum. Ziemia po prostu nie nadążała tam z wchłanianiem lejącej się strumieniami wody, która przez błotniste potoki spływała w dół, wpadała do koryt rzek, a to z kolei spowodowało ich wylanie na ulice, podwórza, domy i pola uprawne. Wzrósł także gwałtownie poziom wody w Bystrzycy, Białce Lądeckiej i w Nysie Kłodzkiej. Najtragiczniejsza sytuacja była w wioskach w pobliżu Kłodzka, ale powódź nie ominęła również okolic Jeleniej Góry. Musiano nawet ewakuować mieszkańców Karpnik i Strużnicy, gdzie pod naporem wody zawalił się most i obie te wioski zostały po prostu odcięte od świata.
Wydział Zarządzania Kryzysowego Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego ocenia, na podstawie informacji otrzymanych dotychczas od samorządów lokalnych, że w całym województwie straty wynoszą wstępnie blisko 352 mln złotych. Ale do tej kwoty trzeba jeszcze dodać wartość zniszczeń, z jakimi będą musiały poradzić sobie inne instytucje, takie jak np. Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej, który swoje straty wyliczył na 52 mln złotych. Dyrektor wydziału Józef Rzemień twierdzi, że najbardziej zniszczona została infrastruktura techniczna: drogi (zarówno gminne, powiatowe, jak i wojewódzkie), mosty, budynki mieszkalne. Dodaje, że środki na usuwanie tych zniszczeń mają być przydzielane z budżetu państwa, jednak lokalne samorządy muszą wnieść 20-procentowy wkład własny. Dyrektor Rzemień zastrzega jednak przy tym, że nie wiadomo jeszcze, ile rządowych pieniędzy otrzyma Dolny Śląsk. Wysokość tej pomocy ma być uzależniona z jednej strony od możliwości finansowych państwa, a te są mocno ograniczone, a z drugiej - od potrzeb zgłoszonych przez wojewodów innych poszkodowanych w powodzi województw: małopolskiego i podkarpackiego.
Gospodarze gmin nie wierzą jednak w to, że przydzielone dotacje będą sięgały 80 proc. wartości niezbędnych inwestycji. - Pamiętamy, co działo się w latach ubiegłych - tłumaczy Jerzy Guzik, wójt Marcinowic. - Choć oczywiście liczę, że teraz będzie inaczej - dodaje.
Powódź przyniosła też duże straty w rolnictwie. - Mamy na naszym terenie setki hektarów podtopionych pól. Na większości z nich nadal stoi woda. Obecnie trudno jest oszacować straty, bo będą one znane dopiero po zbiorach. Ale już teraz otrzymuję sygnały od właścicieli gruntów, że w zbożu pojawia się wiele chwastów, a z powodu podtopień nie zadziałały też nawozy - alarmuje wójt gminy Łagiewniki Janusz Szpot. - Mimo że jesteśmy gminą miejską, to kilkunastu kłodzkich rolników również bardzo ucierpiało podczas tegorocznej powodzi - dodaje burmistrz Kłodzka Bogusław Szpytma.
Tydzień po powodzi w Kłodzku pojawił się wicepremier Grzegorz Schetyna. Złożył wtedy obietnicę, że rząd przeznaczy aż 65 mln zł na usuwanie skutków powodzi w tym rejonie. Niestety to "aż" po dwóch dniach zamieniło się w "tylko", bo w samej gminie wiejskiej Kłodzko straty oszacowano na 42 mln złotych. - Skala zniszczeń jest naprawdę olbrzymia, powódź na terenie naszej gminy przyniosła największe straty w skali całego Dolnego Śląska - powiedział nam wójt Ryszard Niebieszczański. Jego zdaniem, w ramach rządowego Programu "Odra 2006", który miał zająć się kompleksowo m.in. czterema głównymi rzekami płynącymi przez Kłodzko i okolice, niewiele dotychczas zrobiono. Nie ma ani wałów, ani zbiorników retencyjnych, które mogłyby przyjmować część opadów. - I naprawdę trudno przypuszczać, aby nagle teraz rząd znalazł pieniądze na "Odrę 2006", jeśli grube pieniądze będą potrzebne na naprawę szkód wyrządzonych przez obecną powódź - twierdzi Niebieszczański. Wtóruje mu wójt gminy Świdnica Teresa Mazurek, która swoje popowodziowe straty oszacowała na razie na kwotę 15 mln złotych. - Myśmy się już po prostu przyzwyczaili do tego, że w tych pierwszych dniach, tygodniach po powodzi jest wielki szum, mówi się o dużych pieniądzach, a potem ta pomoc topnieje, jest na poziomie 200-300 tys. zł dla gminy. Takie dostajemy promesy i nie ma co za taką kwotę zrobić - twierdzi Teresa Mazurek. Dodaje, że gdyby chociaż jedna trzecia z deklarowanej przez wicepremiera Schetynę sumy 65 mln zł została wcześniej przeznaczona na konserwację urządzeń wodnych, to nie mówilibyśmy dzisiaj o takiej tragedii. Jej zdaniem, rząd powinien podjąć decyzję, aby w ramach funduszy unijnych stworzyć program dotyczący właśnie zabezpieczenia przeciwpowodziowego. Na finiszu swoich rządów proponowało coś takiego Prawo i Sprawiedliwość, ale podczas debaty sejmowej nie zostało to zaaprobowane. Obecnie wychodzi więc ponownie na to, że po raz kolejny będziemy wydawać grube miliony na odbudowywanie tego, co zostało przez powódź zniszczone zamiast na budowanie tego, co mogłoby nas ochronić przed takim kataklizmem. A wójtowie i mieszkańcy spodziewają się, że politycy z Warszawy będą przyjeżdżać do powodzian, aby przecinać wstęgi na kolejnych odbudowanych mostach. Czyniąc to oczywiście za publiczne pieniądze.
Marek Zygmunt
"Nasz Dziennik" 2009-07-14

Autor: wa